Kilka dni temu Bundestag zadecydował o udzieleniu Ukrainie wsparcia w postaci ciężkiego sprzętu. Niby rzecz oczywista, a jednak wciąż budząca emocje za naszą zachodnią granicą. Nieustannie bowiem słyszalne są tam głosy przeciwników takiego rozwiązania. Dowodzą tego tzw. "listy intelektualistów", które ostatnio pojawiły się w niemieckiej prasie. Czy jednak opinie komików, chirurgów czy psychologów powinny być w tej sprawie traktowane poważnie?

"Pożyteczni idioci" znowu w akcji?


Z pojęciem "pożytecznego idioty" spotkał się najprawdopodobniej każdy, kto w jakimś stopniu interesuje lub interesował się dziejami ZSRS, zimnej wojny czy też współczesnej polityki. Legendy przypisują używanie tego określenia różnym politykom sowieckim, jednakże zawsze w tych samych przypadkach - zachodnich intelektualistów, którzy z różnych powodów, bardziej lub mniej świadomie, przynosili korzyści sowieckiej propagandzie.

I chociaż od rozpadu ZSRS minęły już całe dekady, to jednak pozostał po nim pewien spadek. Mianowicie armię wykształconych jednostek, silnie podatnych na przekaz Moskwy lub po prostu dostrzegających w niej jedynie spadkobiercę kultury Puszkina czy Dostojewskiego. Nawet jeśli w ich podświadomości pojawia się ta słynna "lampka ostrzegawcza", to jednak starają się one nie patrzeć w jej stronę.

W przypadku państw zachodnich, takich jak właśnie Niemcy, jest to nad wyraz widoczne. Wiele lat owocnej współpracy politycznej oraz wymiany intelektualnej sprawiły, że konflikt ukraińsko-rosyjski jawi się nie tylko jako coś złego, ale i odległego. Nie tyle geograficznie, co mentalnie. Wydaje się wręcz, że dla wielu intelektualistów zachodnich starszego pokolenia, Europa Środkowo Wschodnia to wciąż w znacznej części obszar rosyjskiej strefy wpływów.

Nie jest to oczywiście zdanie większości, a jedynie pewnej części. Tej, która dzisiaj zza biurek swoich gabinetów próbuje forsować pewną zdezaktualizowaną wizję europejskiego porządku. O ironio, nie są to wojskowi czy dyplomaci, ale osoby, które o regionie wiedzą tyle, ile powiedzą im pierwsze wyniki w wyszukiwarce Google. Te właśnie osoby, za pośrednictwem listów oraz protestów, starają się blokować działania na rzecz Ukrainy.

Poniżej spróbuję przyjrzeć się dwóm takim pismom, które ukazały się w prasie niemieckiej w przeciągu ostatniego tygodnia. W obydwu przypadkach adresatem jest kanclerz Niemiec, Olaf Scholz.

"Wzywamy do wstrzymania dostaw broni"


Pierwszy list ukazał się 22 kwietnia, a więc jeszcze przed wspomnianym na wstępie głosowaniu w Bundestagu, w dzienniku "Berliner Zeitung". Jak zaznaczają jego autorzy, został on przygotowany przez osoby z różnych środowisk i o różnych poglądach. Zasadniczo do pewnej nieścisłości dochodzi już w pierwszym akapicie listu. Bo choć sygnatariusze "potępiają nieuzasadnione działania wojenne Rosji w Ukrainie", to jednak w dalszej części winą za ten rozlew krwi obarczają dostawy broni (niem. Waffenlieferungen).

Nie przypadkowo przytoczyłem tu niemiecki odpowiednik tego wyrażenia. To właśnie bowiem on, w różnych wariantach, zdominował całą treść dokumentu (czasem pojawiając się po prostu jako "Lieferungen", czyli "dostawy". To właśnie wspieranie Ukraińców za pomocą regularnych dostaw miało, w opinii autorów listu, m.in. "uczynić Niemcy i NATO stroną konfliktu" i "przyczyniać się do eskalacji konfliktu".

Nie powiem, jest to naprawdę ciekawa logika. W świetle dotychczasowych faktów, wniosek wysuwa się następujący: Okej, Rosja nie miała powodu, aby atakować Ukrainę, lecz mimo to zrobiła to. Jednakże Ukraińcy doprowadzili do eskalacji walk, bo zdecydowali się bronić. W dodatku wykorzystując do tego zachodnią broń. Czyli salomonowym rozwiązaniem byłaby w takim wypadku sytuacja, w której rosyjskie wojsko posuwa się w głąb Ukrainy, a jej mieszkańcy stoją z transparentami, prosząc, aby tego nie robili?

Cóż, autorzy śpieszą tu z wyjaśnieniem: "Wzywamy zatem rząd niemiecki, państwa UE i NATO do zaprzestania dostaw broni dla wojsk ukraińskich i zachęcania rządu w Kijowie do zaniechania oporu militarnego, podjęcia negocjacji w sprawie zawieszenia broni i [poszukiwania] rozwiązania politycznego". Czy czegoś tu brakuje? Wielu rzeczy, a najważniejszą z nich są z pewnością odniesienia do Rosji. W praktyce bowiem autorzy tekstu jedynie instruują kanclerza Niemiec, jakie decyzje powinien on wymóc na rządzie ukraińskim. Na temat Kremla nie ma nic, bo jeszcze, nie daj Boże, ktoś tam poczuje się urażony...

W tym miejscu nie pozostaje więc nic innego jak spojrzeć, kto się pod tymi słowami podpisał. Czy rzeczywiście są to osoby z różnych środowisk i o różnych poglądach? Spójrzmy na pierwszą piątkę sygnatariuszy:

1. Johannes M. Becker - politolog, 70 l.
2. Daniela Dahn - pisarka, publicystka, 72 l.
3. Rolf Gössner - prawnik, publicysta, 74 l.
4. Jürgen Grässlin - pedagog, dziennikarz, 64 l.
5. Joachim Guilliard - fizyk, doradca IT, 64 l.

W dalszej części mamy jeszcze m.in. chirurga, lekarza oraz muzyka. Każdy z nich określa się mianem "działacza na rzecz pokoju", jednakże praktycznie żaden nie był nigdy na froncie, ani nawet nie ukończył studiów, gwarantujących jakąkolwiek wiedzę w zakresie obronności. Co więcej, niemalże wszyscy sygnatariusze listu mogą jeszcze pamiętać prezydenturę Johna F. Kennedy'ego, a przynajmniej Lyndona Johnsona (czyli lata 60.).

Wypominanie wieku nie ma bynajmniej na celu naśmiewanie się ze starszych osób. Pokazuje ono wyłącznie to, że w pamięci niektórych "intelektualistów", żelazna kurtyna nigdy tak naprawdę nie upadła, a ówczesne sfery wpływów dalej istnieją. Wojna w Ukrainie, w ich odczuciu, jest po prostu czymś, z czym "ten drugi świat" musi sobie poradzić. Smaczku całej tej sytuacji dodaje fakt, że list ten został opublikowany w dzienniku, który jeszcze niewiele ponad 30 lat temu był jednym z największych dzienników Niemieckiej Republiki Demokratycznej... (tak, wiem, że nastąpiła prywatyzacja etc., jednak nutka ironii i tak pozostaje).

Strach przed III wojną światową


Drugi list opublikowany został w mediach niemieckich 29 kwietnia 2022 r. Utrzymany jest on niemalże w takim samym tonie, przy czym zdecydowanie największą część jego treści stanowi podkreślanie "ryzyka rozprzestrzenienia się wojny na całą Europę". Tak, nie zgadzamy się z agresją, ale lepiej nic nie robić, bo jeszcze się może stać coś gorszego.

Najbardziej kuriozalny wydaje się być jednak inny fragment: "Ostrzegamy przed podwójnym błędem: po pierwsze, takim, iż odpowiedzialność za ryzyko eskalacji konfliktu do rangi wojny nuklearnej spoczywa wyłącznie na pierwotnym agresorze, a nie na tych, którzy otwarcie dostarczają mu motywu do ewentualnego działania przestępczego". Tak, jeśli Rosja użyje broni nuklearnej, to, w odczuciu "intelektualistów", będzie to nie tylko wina rosyjskich polityków, ale też i wszystkich, którzy wspierają Ukrainę.

Mi osobiście, jako historykowi, podobna retoryka kojarzy się z niesławną polityką appeasementu (ang. "zaspokajanie") z lat 1935-1939, kiedy to światu zachodniemu wydawało się, że zaspokajanie roszczeń Hitlera pomoże w utrzymaniu pokoju. Pomimo tego, że ta strategia została skompromitowana przez późniejsze wydarzenia i doświadczenia polityków, wciąż znajdą się na Zachodzie "eksperci", którzy uważają, że jest to odpowiednia droga.

No dobrze, ale kim tym razem oni są? Cóż, w tym przypadku to już nie tylko pisarze i pedagodzy - ależ skąd! Teraz podniesiono poprzeczkę, ponieważ sygnatariuszami tych słów są filmowcy i aktorzy. Podobnie jak poprzednio, przyjrzyjmy się pierwszej piątce z nich:

1. Andreas Dresen - filmowiec, 58 l.
2. Lars Eidinger - aktor, 46 l.
3. Svenja Flaßpöhler - filozofka, 47 l.
4. Elisa Hoven - adwokatka, 40 l.
5. Alexander Kluge - pisarz i reżyser, 90 l.

Tym razem zauważalny jest ślad osób z młodszego pokolenia. Niemniej jednak są to raczej osoby, którym bliżej do występów scenicznych, aniżeli poważnych działań na arenie politycznej. Gdzie im do ekspertów - to influencerzy, którzy starając się pewnie czynić dobro, przyczyniają się jedynie do wzmacniania rosyjskiej propagandy na Zachodzie.

Czy jednak ich "wielkie" słowa mają jakiś wpływ?

Niemcy za udzieleniem Ukrainie pomocy militarnej



list intelektualistów niemieckich
Tweet kanclerza Niemiec, Olafa Scholza, z 1 maja 2022 r.


Wszystkim, którzy nie znają języka Goethego śpieszę z wyjaśnieniem - otóż kanclerz Scholz napisał: "Szanuję każdy rodzaj pacyfizmu i każdą postawę. Ale obywatelom #Ukrainy musi wydawać się cyniczne, że mają bronić się przed agresją Putina bez broni. To nie te czasy".

Jak widać, rząd Niemiec, pomimo wciąż, nazwijmy to, lekko kunktatorskiej postawy, zdaje się przełamywać dotychczasową linię swojej polityki. Oczywiście za wcześnie jest jeszcze oceniać jak wielka będzie to pomoc, jednak nie sposób nie zauważyć, iż to właśnie postawa Berlina może być jednym z czynników, które zadecydują o wyniku wojny w Ukrainie.

Choć na ten moment Ukraina odniosła w Bundestagu skromne zwycięstwo, zarówno jej rząd, jak i m.in. rząd Polski, nie mogą zapominać o głosach tej części "intelektualistów", o której traktuje niniejszy artykuł. Ich siła nie jest w tym momencie duża, ale wciąż może odgrywać istotną rolę w machinie informacyjnej Kremla.

Dlatego też, to właśnie Kijów w sojuszu z Warszawą, jako kraje doświadczone w starciach z rosyjskim imperializmem, stanowić muszą głos rozsądku we wciąż jeszcze wolnej Europie. Nawet jeśli wspomniana miłość do kraju Puszkina będzie dla zachodnich intelektualistów jakimś determinantem, to właśnie zadaniem Ukrainy i wschodniej flanki NATO jest podkreślanie również drugiej twarzy Moskwy.

O autorze


Nikt jeszcze nie skomentował. Bądź pierwszy!

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. terazKrosno.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.